Polskie Góry II

 [Polish Mountains Project II – Winter] 


Po raz drugi wybraliśmy się w polskie góry. Tak bardzo spodobało nam się chodzenie po szlakach i wspinanie na szczyty. Pragnęliśmy zobaczyć prawdziwą, srogą, śnieżną zimę. Taką, jakiej od wielu lat nie widzieliśmy. Jak tylko prognozy zapowiedziały opady śniegu, ubrani w ciepłą odzież, czapki i szaliki, ruszyliśmy "stopem" przez całą Polskę, w Tatry. Nie mieliśmy doświadczenia, ani mentora, który by nas poprowadził. Byliśmy dwoma chłopakami z Mazur, rozpalonymi pragnieniem zdobycia zimowych wierzchołków. Ruszyliśmy by zdobyć ośnieżone tatrzańskie szczyty, a to one zdobyły nasze serca!

Trasę przez Polskę przebyliśmy autostopem. Tradycyjnie już zatrzymując się w nowej i starej stolicy, ale niecierpliwie zmierzaliśmy na południe, zachęcani prognozami opadów śniegu. Prawdziwej zimy nie widzieliśmy już od paru dobrych lat. W dzisiejszych czasach drobne opady białego puchu, nieco powyżej kostki, utrzymują się co najwyżej dwa tygodnie. My mamy jeszcze tyle szczęścia, że pamiętamy jazdę na sankach i brodzenie po kolana w zaspach, z dzieciństwa. Dlatego gdy docieraliśmy do Zakopanego i ujrzeliśmy ośnieżone, majestatyczne szczyty, nasze serducha podskoczyły z radości! W Zakopanem odebraliśmy zamówiony wcześniej sprzęt. Raki i czekany, ekwipunek zupełnie nam obcy, oglądaliśmy i przymierzaliśmy, ucząc się wszystkiego od podstaw.

Mieliśmy wielkie nadzieje na wiele, ale też i pokorę. Świadomi tego, że jesteśmy "żółtodziobami", zaczęliśmy testować nasze umiejętności i warunki, stopniowo zwiększając trudność. Pierwszego dnia, Gubałówka, taki spacerek w górę dla rozruszania mięśni, troszkę zabawy z białym puchem i piękna panorama rozpościerająca się ponad miastem. Kolejnym krokiem był Kasprowy Wierch, szlakiem przez Nosala i Kuźnice. Tutaj po raz pierwszy założyliśmy raki i zobaczyliśmy jaka to frajda! Stabilność i przyczepność pozwalały na śmiały, zdecydowany chód. Szkoda tylko, że śniegu jeszcze było tak mało w niższych partiach! W nagrodę za trud, przejścia szlaku pieszo, na szczycie czekał nas przepiękny teatr zachodzącego słońca. Pokryte śniegiem szczyty, rozpromienione barwami zachodzącego słońca, przykuły nas do aparatów na kilka dłuższych chwil. Nawet szczypiący w ręce i twarz mróz nie był w stanie oderwać naszych oczu od tego widowiska.



Następnym naszym wyzwaniem był Giewont, tutaj raki były już koniecznością. Płynące szlakiem strumienie pozamarzały, tworząc wielkie, śliskie tafle lodu. Szybko nauczyliśmy się pewnie stąpać po nich w rakach. Zawsze ostrożnie i badając teren, ale przyjemnie wspierani stabilnością, jaką dawał nam polecony przez ekspertów sprzęt. Wracaliśmy do Zakopanego już po zmroku, zmęczeni ale pełni niesamowitych wrażeń. Nasze eskapady przerwał dwudniowy, mroźny deszcz, ale i w taką pogodę nie doskwierała nam nuda. Wybraliśmy się na kulturalną wycieczkę po mieście. Gorąco polecamy odwiedzenie Galerii Sztuki XX wieku, Galerii Władysława Hasiora oraz powrotu do czasów dzieciństwa w mieszkaniu Kornela Makuszyńskiego. Atrakcji w tym mieście z pewnością nie brakuje, wystarczy się tylko troszkę rozejrzeć.

Gdy już upewniliśmy się, że góry zimą to miejsce w którym da się żyć, a słońce znów wyjrzało zza chmur, postanowiliśmy wyjść nieco wyżej. Zostawiliśmy Zakopane za nami i z pełnym ekwipunkiem ruszyliśmy do Morskiego Oka. A że nam się nie śpieszyło, trasę przebyliśmy szlakiem, ośnieżonymi dolinami. Po drodze mijając przepiękną Waksmundzką Polanę z ośnieżonymi bacówkami. Do schroniska dotarliśmy już po zmierzchu, przebywając część trasy pod rozgwieżdżonym niebem. 

Kolejnego dnia, skoro świt, ruszyliśmy w ambitnym planem zdobycia Rysów. Tutaj po raz pierwszy poczuliśmy srogie warunki zimowych wypraw w góry wysokie. Przejmujący chłód, siekający drobinkami lodu wiatr, zaspy śnieżne i osypujący się spod nóg śnieg, a przecież kalendarzowa zima miała się zacząć dopiero następnego dnia. Wytrwale parliśmy do przodu, tuląc twarze w opaskach i czapkach, ostrożnie stąpając po śniegu i analizując każdy kolejny etap. Gdy wyszliśmy na górę uderzył w nas z wielką siłą przenikliwy wiatr a temperatura drastycznie spadła. Zapytacie się po co tam w takim razie leźć? Dla tego widoku, który potrafi powalić na kolana! Dobrze, że warunki są tak surowe, bo ludzie godzinami w osłupieniu staliby tam stercząc się we wszystkich kierunkach i próbując objąć bezmiar surowego piękna zimowych szczytów. To tutaj zakochałem się w Tatrach, a moje życie już zawsze będzie wiązać się z górami. 

Nocą przyszła zima, i to nie tylko ta kalendarzowa, ale prawdziwa, śnieżna, siarczysta. Nad ranem zza okna witały nas kłęby padającego puchu, a na ziemi już leżały grube zaspy. Wyszliśmy w góry by wejść na Kazalnicę, ale warunki zmusiły nas do zmiany planów. Szybki wypad do Zakopanego w celu do-ekwipowania i już byliśmy na szlaku do Morskiego Oka. Przed wigilijną wieczerzą zdobyliśmy Kazalnicę, a Rafał Kot jak zawsze poszukujący większych wyzwań, wszedł dodatkowo na Szpiglasowy Wierch. Święta w schronisku to przyjemna odmiana. Pozbawione komercji, bardziej kameralne, niczym z dawnych wieków. Góry to doskonałe miejsce by uciec przed świąteczną gorączką zakupów i nerwówką przygotowań w domu, tam ważne jest święto a nie jego otoczka.

Pokrzepieni pyszną wieczerzą i wypoczęci ruszyliśmy do Doliny Pięciu Stawów przez Szpiglasową Przełęcz, ale nie przeszliśmy, tutaj góry dyktują warunki. Dopiero następnego dnia Doliną Roztoki obok bajkowo zamarzniętego wodospadu, Siklawy, przebiliśmy się do schroniska. Dzień odpoczynku, Kot spożytkował na wypad na Kozi Wierch, ja będę musiał to nadrobić następnym razem. Chociaż nie żałuje dnia spędzonego w przepięknej dolinie, spacerując po skrzypiącym od mrozu śniegu i obserwując zwinne kozice. Wieczorem wraz z nowo poznanymi znajomymi spędziliśmy długie godziny na grę w Mafię, bez komputera, rozmawiając! W górach naprawdę spotyka się wspaniałych ludzi!

Z "Piątki" ruszyliśmy poprzez Zawrat do Murowańca. Początkowy surrealistyczny spacer w górę poprzez nieprzeniknione mgły, zakończył się porywającym zejściem po drugiej stronie Orlej Perci. To dopiero była frajda, zsuwać się z sypkim śniegiem z takiej wysokości. Dzika radość! W ekspresowym tempie dotarliśmy do schroniska, ciesząc się jak dzieci i wymieniając wrażeniami. Następnego dnia znów sypał śnieg, a my wybraliśmy się na Kościelec. Planowany spokojny dzień zamienił się w wyzwanie, gdy okazało się, że musimy przetrzeć szlak na szczyt przy średniej widoczności. Ale jakaż była nasza satysfakcja gdy stanęliśmy już na stromym wierzchołku otuleni grubą warstwą chmur! Gdy schodziliśmy w dół, nasze śladu w większości były zasypane przez prószący śnieg. Brak widoków odbiliśmy sobie kolejnego dnia.

Góry pokryte grubą warstwą śniegu, lśniły bielą opromienione porannym słońcem. Gałęzie drzew i kosodrzewina w Dolinie Gąsienicowej uginały się pod wielkimi czapami mięciutkiego puchu, tworząc scenerię z baśni. I tak rozrywani między chęcią uwiecznienia tego wszystkiego na zdjęciach a pragnieniem jak najszybszego zdobycia szczytów i ujrzenia wszystkiego z góry ruszyliśmy na szlak w kierunku Granatów. Mieliśmy wiele szczęścia, nasz szlak został wcześniej przetarty a na szczyt za Granatami wprowadziły nas dwie "Super Koziczki"! Stanęliśmy i podziwialiśmy widoki,ryzykując odmrożenia od przenikliwego zimnego wiatru. Podążające za nami chmury, pokrywały całą dolinę niczym pierzyna, olśniewały paletą barw w promieniach słońca, a my ponad nimi czuliśmy się niczym na czubku świata. Gdyby nie nasi niespodziewani, bardziej doświadczeni towarzysze, pewnie byśmy tu nie dotarli! Jeśli to czytacie, odezwijcie się, mamy jeszcze zaległe piwo do postawienia!

Ostatni dzień 2014 roku i sylwestrową noc, spędziliśmy w najwspanialszy sposób jaki mogę sobie wyobrazić! Na szlaku, z całym ekwipunkiem, przechodząc ze schroniska w Murowańcu z Tatr Wysokich do Tatr zachodnich i schroniska na Hali Ornak! Co to był za dzień! Piękniejszej pogody nie mogliśmy sobie wymarzyć, a ośnieżone szczyty wprost zapraszały by je zdobyć i na ich wierzchołkach pożegnać stary rok. Zdobyliśmy kilka szczytów. Między innymi, niezapomnianą majestatyczną Świnicę, Kasprowy Wierch, Kondracką Kopę, idąc Czerwonymi Wierchami w wieczornym zmroku podziwialiśmy fajerwerki rozbłyskujące nad Zakopanem. Do schroniska dotarliśmy już późną porą wprost na zabawę sylwestrową! Zmęczeni po wędrówce i imprezie z radością zasnęliśmy w śpiworkach na podłodze! Nie było miejsc, ale kto by tam na to zwracał uwagę, po tylu cudownych wrażeniach.

Tatry zachodnie przywitały nas kalejdoskopem pogody. Śnieg, śnieg z deszczem, deszcz, troszkę słońca. Nieustający wiatr, który każdego dnia przybierał coraz bardziej na sile. Odwiedziliśmy Smerczyński Staw i podążyliśmy szlakiem przez Iwaniacką Przełęcz na Starobociański Wierch (2176 m.), najwyższy szczyt Tatr Zachodnich. Dotarliśmy tam właściwie na upartego, wciąż zmagając się z wichurą na grani a pod samym szczytem nie raz przysiadając, by przeczekać najgorsze podmuchy. Weszliśmy, zdobyliśmy i zobaczyliśmy, wielki masyw chmur który w pięć minut przesłonił całą widoczność, a drogę do schroniska przebyliśmy smagani deszczem! Na nasze szczęście było gdzie się wysuszyć! 

Po wizycie w Wąwozie Kraków ponownie Iwaniacką Przełęczą ruszyliśmy do Doliny Chochołowskiej. Po drodze obserwowaliśmy porażające efekty niszczycielskich wiatrów. Drzewa połamane niczym zapałki zaścielały całe połacie wzgórz. To czego my doświadczaliśmy na szlakach to tylko delikatna bryza w porównaniu z tym co potrafi wyczyniać potęga natury. Po noclegu w schronisku w Chochołowskiej, pomimo kiepskiej pogody, wyszliśmy na szlak. Szkoda nam było ostatniego dnia w górach, więc zaplanowaliśmy trasę Grześ - Rakoń - Wołowiec. To była dopiero przygoda!

Jakoś udało nam się utorować trasą do Grzesia, choć to szczyt na który spokojnie można byłoby wejść z wycieczką szkolną, już tu zastanawialiśmy się czy nie zawrócić. Z poznanymi nowymi przyjaciółmi zdecydowaliśmy się pójść troszkę dalej. Co to była za przeprawa! Poszliśmy grzbietem na Rakoń, warunki wciąż się pogarszały, szlak nie przetarty, coraz mocniej prószący śnieg ale najgorszy był wiatr. Przybierał na sile i ciął skórę niesionymi drobinkami lodu, czasami wcale nie drobinkami. Gdy dotarliśmy do szczytu ledwie udało nam się strzelić jedno zdjęcie, dalsza trasa była właściwie niemożliwa. Szybka decyzja, schodzimy niżej i przedzieramy się do szlaku do schroniska. To było doświadczenie i lekcja pokory! Nasze plany przeżyły bolesną konfrontację z żywiołem gór. Na szczęście, szczęśliwie, bogatsi o nowe doświadczenia i kilku przyjaciół, dotarliśmy do schroniska!

Kolejnego dnia grzecznie udaliśmy się w drogę do Zakopanego. Po trzech tygodniach wracaliśmy do cywilizacji. Przebyliśmy trasę z Tatr Wysokich do Tatr Zachodnich zimą, zdobywając wiele szczytów i worek doświadczenia. Ale co najważniejsze, zdobyliśmy wielu wspaniałych znajomych! Gorące pozdrowienia i do zobaczenia ponownie, gdzieś na szlaku!